Noc nieomal bezchmurna i w powietrzu niezwykły spokój. Spojrzał w górę. Ileż tam gwiazd! Zaplątany w gałęzie Mars, dalej Syriusz, nad kominem Orion i wiele gwiazd, których nazw nie znał. Miał siedem lat.
Do czego są potrzebne gwiazdy? Ta myśl nie dawała mu spokoju. Właśnie! Do czego? Może do niczego nie są potrzebne? Jeśli rzeczywiście do niczego nie są i nikomu potrzebne, to nie powinny być. Wszystko jest do czegoś potrzebne i czemuś służy. Góry też. Gdyby nie góry, nigdy nie byłoby porządnego deszczu. Ani wiatru, pod którego naporem chwieją się sosny i spadają na ziemię szyszki.
Gwiazdy. Nic o nich nie wiadomo. A może gwiazdy żyją? Ta myśl przestraszyła go i spojrzał w górę. Słyszał jak ojciec mówił „ciała niebieskie”. Czy tam mieszkają ludzie? Tam, tak daleko, ludzie? Jak wysypana z worka Świętego Mikołaja Droga Mleczna. Na tle czarnego nieba pulsują serca gwiazd.
Przypomniał sobie małe pisklę. Wypadło z gniazda i siedziało na ziemi prawie nagie i bezradne, nie potrafiło jeszcze fruwać. Lubił duże zwierzęta, a najbardziej duże psy. Takie coś małego i ciepłego jak pisklę, brzydził się wziąć do ręki, ale się przemógł. Wyglądało jak trzepoczące się w dłoniach serduszko. Czy Orion ma serce? Gwiazdy muszą być żywe, bo Bóg jest żywy.
Ojciec nie chodził do kościoła. Mówił, że nie wierzy w takie rzeczy. To Bóg ma znaczenie, nie kościół. A stryj to nawet w Boga nie wierzył! Patrzył na stryjenkę i mówił, że tylko miłość się liczy.
Zaszeleściło. Z ciemności nadleciał powiew wiatru i chrobotał wśród zwiędłych liści. Uśmiechnął się. Wszystko, co jest dobrze znane, dodaje człowiekowi otuchy. Minęło dwanaście lat.
Sprawiło mu wiele przyjemności czytanie o eksperymentach Pawłowa. Pawłow obnażył ludzkie wady i ludzkie bujdy. Wszyscy jesteśmy psami i sukami. Zagrzebana kość, latarnia, podniesiona łapa, miot. Żadne tam bajdy o wolnej woli, cnocie, prawdzie i różne takie. Markiz de Sade obnażył cały osiemnasty wiek, ale naukowcy stchórzyli i wiek dziewiętnasty Marks i darwiniści musieli zaczynać od początku. Nadszedł dwudziesty a z nim Freud, behawioryści, komputer, ale też Anthony de Mello. Co wymyśli upojony techniką dwudziesty pierwszy aż strach myśleć.
Odruch warunkowy wydał mu się szczytem wszystkiego. W rzeczywistości był nawrotem do doktryny wolnej woli, bo jeżeli odruchy mogą być warunkowe, można je uwarunkować. Kiedy człowiek nauczy się wykorzystywać i kontrolować swoją jaźń, będzie mógł uwarunkować odruchy.
Podeszły wiek to przede wszystkim złe przyzwyczajenia, zwykł mawiać. Miał pięćdziesiąt dziewięć lat. Ciało przyzwyczaja się do użytku, jaki z niego robi człowiek. Jeżeli zacznie chodzić jakby był dręczony reumatyzmem, narzuci sobie reumatyczne męczeństwo. Ciało człowieka, który zachowuje się jak starzec, funkcjonuje jak ciało starca, a on sam myśli jak starzec i tak dobrowolnie podejmuje się roli przygarbionego błazna w kapciach.
Na torcie – wnuki zrobiły mu prawdziwą niespodziankę, siedemdziesiąt pięć świeczek. Pogoda ducha to jeden z wielkich przywilejów starości. Człowiek, który tu dotarł, ma w zwyczaju niczym, oprócz siebie, się nie przejmować i łatwo mu przychodzi patrzenie na wszystko okiem Boga.
Cywilizacja nie zginie na wszystkich kontynentach naraz. Nie zginie ze wszystkim, odbuduje się na nowo na opustoszałych terenach. Przyjęta przez człowieka skala czasu jest fałszywa i nie do przyjęcia. Myślimy o sobie, jako o istotach żyjących w początkach dwudziestego pierwszego wieku, będąc w rzeczywistości pyłkiem przypadkowo osadzonym między dwoma okresami lodowcowymi.
Jak pogodzić przeświadczenie, że świat jest w znacznym procencie złudą, a przekonaniem, że stale należy wszystko ulepszać? Jak być jednocześnie starcem i czynnym młodym człowiekiem? DPN
Mężczyzna otworzył drzwi samochodu, zdjął buty, ściągnął z nóg skarpetki i z westchnieniem ulgi dotknął gołymi stopami trawy. Tęsknił do tej chwili każdego dnia spędzonego w szpitalu. Podniósł głowę i patrzył na gromadę świerków zgromadzonych przy wielkiej skale. Wyglądały jak chłopi przed gospodą po niedzielnej mszy. Zaszumiało jaskółkami, zmarszczyło wodę. Tu bawił się dzieckiem, stąd przeprawiał się promem płynąc do dziadków, do Sztokholmu.
Westchnął parokrotnie. Głęboko, jakby chciał wydmuchać z siebie resztki szpitala. Spojrzał na zegarek. Nie powiadomił Cecylii, że dziś go wypisują do domu. Na pewno zeszła teraz na pomost. Całe lato pływali o tej porze. Cichł śpiew ptaków, łagodniały podmuchy wiatru, słońce chyliło się za las i obejmowało jezioro pożegnalnym cieniem.
Taksówkarz wyjął z kufra walizkę, wziął pieniądze, spytał czy potrzebny rachunek, na koniec kiwną ręką, powiedział Hej då! i odjechał.
Czuł zmęczenie. Pooperacyjny szew ciągnął go w bok. Szedł krzywo pochylony, ale cieszył się z każdego kroku. Ubranie wisiało na nim luźno, jakby o numer większe, ale koszulę miał wyprasowaną i buty wyczyszczone na glanc.
Schylił się po walizkę i oganiając od komarów poszedł ścieżką w dół, ku wodzie. Miał nadzieję, że zobaczy Cecylię, to jedno go zajmowało. Na pomoście nie było nikogo i zrobiło mu się przykro. Ale gdy podniósł wzrok, zobaczył ją na skale. Siedziała i przechyliwszy głowę do tyłu i czesała włosy. Stał bez ruchu i patrzył. Boże jak do niej tęsknił!
Nagle drgnęła jakby przepłynął przez nią jakiś impuls. Zobaczyła go i pobiegła. Zgubiła grzebień, ręcznik zsunął się z jej bioder, ale nie zwracała na nic uwagi.
Odstawił walizkę i zrobił parę niezdarnych kroków. Przywarła do niego pełna życia i słońca. Głaskał jej włosy, zanurzał w nie twarz i wchłaniał zapach, dotykał opalonych ramion.
Potem nic nie mówiąc sięgnął do kieszeni i podał jej papier. Czytała szybko. Gdy skończyła, spojrzała rozjaśnionym wzrokiem i krzyknęła radośnie. Z dokumentu wynikało, że wygrał, że podstępny rak został bezpowrotnie usunięty z jego ciała.
Cecylia schyliła się po walizkę. Podziękował wzrokiem. Szli do domu, a wody Mälaren szeptały skałom pogodę na jutro. Patrzył jak Cecylia zgrabnymi ruchami wspina się po ścieżce i uśmiechnął do siebie. Zmierzch ciemniał, ale niebieścił się jeszcze łagodnie i prowadził w świat soczysty jak czerwone wino.
Tak minął tydzień. Tego dnia wstał jak zwykle pierwszy, o brzasku. Zaparzył kawę i otworzył drzwi na taras. Potem stał w drzwiach sypialni z kubkiem i patrzył na Cecylię. Wahał się czy ma jej to powiedzieć. Zwlekał, bo bał się jej reakcji, że go wyśmieje. Ostatni tydzień wypełniały mu zdarzenia, których choć był uczestnikiem, nie rozumiał i wcale nie był pewien czy na pewno by tego chciał.
Otóż następnego dnia po powrocie ze szpitala, gdy poszedł rano do skrzynki pocztowej po Dagens Nyheter i zaspany kuśtykał z powrotem, zaskoczyła go zmiana w atmosferze i solne wrażenie, że nie jest sam. Rozejrzał się i zatrzymał zdumiony.
Wprost naprzeciw niego, na ścieżce prowadzącej ku domowi, zobaczył coś tak niebywałego, że nawet nie mogło się przyśnić. Na ścieżce żywo tańczyło stworzenie, o którego istnieniu słyszał gdy był malcem. Nigdy oczywiście ich nie widział, przecież istniały tylko w bajkach!
Po ścieżce tupało z wielkim zapałem i zaangażowaniem coś! Miało na sobie przykrótki surducik, spod którego wystawały dwa owłosione kopytka! Stworzenie wycinało na ścieżce dziarski taniec, pogwizdując i uśmiechając się okrągło i dobrodusznie.
Był zdumiony. Patrzył na coś, co nie miało prawa istnieć, czego absolutnie nie mógł widzieć! Przetarł oczy, ale nic nie pomogło. Stworek wytupywał w najlepsze swoje hołubce nie troszcząc się zupełnie, że ma widownię.
W najwyższym stopniu zaskoczony pochylił się, chrząknął, i powiedział cicho:
- Dzień dobry.
W istotkę jakby piorun strzelił. Zatrzymała się w pół ruchu i patrzyła na niego. Potem poczęła rozglądać się gwałtownie na boki i w końcu spytała:
- Ty mnie widzisz?
- Widzę cię doskonale – odrzekł niemniej zdumiony.
- To... To jest... – stworzonko niecierpliwie przytupnęło. To niemożliwe! Ludzie od dawna przestali nas widzieć!
- Ja cię jednak widzę.
- Zupełnie niesamowite! To może mi powiesz jak wyglądam?
- Jesteś malutki i masz na sobie surducik, spod którego wystaje okrągły brzuszek. Na środku głowy masz melonik, pucołowate różowe policzki i kozie nóżki.
- Widzi! On mnie widzi!! – stwierdził zdumiony. I co teraz?
- Pytasz o to mnie? – z kolei zdumiał się mężczyzna. Twoja sprawa! Zwracam uwagę, że to ty pokazałeś się mnie, nie ja tobie!
- No tak – zgodził się malec i zamilkł.
Po chwili podniósł głowę.
- Trudno, jeżeli już mnie widzisz, przedstawię się:
- Jestem leśnym duszkiem. Wy nazywacie nas elfami. Odpowiadam, a właściwie odpowiadałem kiedyś, za zwierzęta domowe! A ty?
- No, jakby to powiedzieć... Ja tu mieszkam.
- Ja też! Ja też! – odparł zniecierpliwiony. I to dłużej od ciebie!
- Słuchaj – poprosił mężczyzna. Jeżeli już stoimy tu i się widzimy, może opowiesz trochę o sobie?
- Dlaczego nie, mogę opowiedzieć. Przecież mnie widzisz! – zgodził się elf.
- Żyjemy w waszym świecie, który jest także naszym światem. Należymy do natury. Jesteśmy tu od zawsze, a naszym zadaniem jest pilnowanie, strzeżenie, w ogóle dbanie o naturę.
- Dbanie o naturę? Przepraszam, całą naturę? – zdziwił się mężczyzna.
- Oczywiście! Nie wiedziałeś? No tak, skąd miałbyś wiedzieć! Jest nas cała masa, ogromna armia i pilnujemy wszystkiego. Od kropelek rosy poczynając, na trosce o słonie i góry kończąc!
- Tu się pożegnamy! – powiedział nagle. Do zobaczenia wkrótce!
Uchylił melonika i zniknął. Rozpłynął się po prostu w powietrzu, ale nadal słychać było stukot kopytek.
Tak rozpoczęła się przyjaźń mężczyzny z elfem Damazym.
Spotykali się w różnych miejscach nieomal codziennie i mężczyzna coraz bardziej zdumiony wysłuchał zupełnie niesłychanych opowieści elfa. Damazy opowiadał o czasach, gdy elfy, rusałki i inne stworzenia eteryczne, żyły pospołu z ludźmi. Pilnowały bydła na pastwiskach, szczególnie krów bo skrzaty podpijały im mleko. Zastępowały strachy na wróble. Napędzały deszczowe chmury albo je rozpędzały, troszczyły się o stan zdrowia poziomek. Pomagały dzieciom znajdować na leśnych ścieżkach pola czarnych jagód, zwiastowały dziewczętom ciążę. Nie mówiąc już o ostrzeganiu, iż zbliża się poród krasuli, kierowaniu podziemnych strumieni w kierunku wysychających studni i przypominaniu domowemu bydłu aby nie zapomniało, iż w wieczór wigilijny mają mówić ludzkim głosem.
Damazy dziwił się i absolutnie nie potrafił zrozumieć, dlaczego ludzie z wieku na wiek byli coraz mniej im przychylni, aż w końcu zupełnie przestali ich dostrzegać i zapomnieli o istnieniu. To samo zresztą zdarzyło się olbrzymom.
- Czy wiesz? – spytał. Czy ty wiesz, dlaczego znikły olbrzymy? Przecież żyły tu razem z nami i wami! Były ogromne, bardzo silne i życzliwie nastawione do wszystkiego i wszystkich. Pamiętam je doskonale. Bardzo były uczynne i stawiały swoją ogromną siłę do naszych usług. Potrafiły we dwóch przenieść górę w inne miejsce, albo zawrócić rzekę żeby przynosiła ludziom większy pożytek.
- Nie wiedziałeś o nich? Nie wiedziałeś naprawdę? Już nie będę pytał, czy ktokolwiek z was, ludzi, ich widział! Wymazaliście ich ze swojej historii tak jak nas.
- A wiesz, dlaczego znikły? – Damazy zadreptał. Znikły, bo przestraszyły się spiżowych dzwonów! Dzwonów było z roku na rok coraz więcej i były coraz większe i głośniejsze. Stały się tak natarczywe, że olbrzymy nie mogły już ich hałasu znieść. Tak się ich bały, że się w końcu wyprowadziły. Kiedyś opowiem ci o nich więcej. Bardzo lubiłem te olbrzymy.
Parę tygodni później Cecylia pojechała do Sztokholmu. Dostała tam pracę w biurze zajmującym się sondażami i spędzała całe dnie na zadawaniu ludziom bezsensownych pytań, a potem zbierała je w bezsensowne cyfry i procenty, które w jednych ludziach budziły bezsensowne zadowolenie, w innych bezsensowne przerażenie. Wracała zmordowana do domu tylko na weekend i to nie każdy.
Potem Damazy nagle znikł. Mężczyzna rozglądał się, zaglądał za głazy, do wąwozów, ale nigdzie go nie było. Aż któregoś dnia się pojawił. Stał pośrodku kuchni, gdy mężczyzna wszedł tam rano i pozdrowił go jakby się widzieli wczoraj.
- Będziesz miał wizytę – powiedział. - Ważna persona! - dodał uważnie mu przyglądając spod ronda melonika.
- Wizyta? Tu? A któż to taki? – zaciekawił się mężczyzna.
- Dowiesz się! – Damazy zaśmiał się i zniknął.
Następnego dnia wracał z zakupami i ciężko naciskał pedały roweru na ostatniej górce, gdy poczuł nagle wokół, w naturze i powietrzu, dziwne zmiany. Atmosfera jak gdyby się zagęściła i wszystko wokół uzyskało niespotykaną ostrość konturów. Powietrze stało nad wyraz esencjonalne i wszystko wokół uzyskało jakby inny wymiar. Miał wrażenie jakby wszedł w inny czas.
Wtedy go zobaczył. Koło niego szła – nawet trudno powiedzieć szła, gdyż nie dotykała ziemi, smukła postać. Biła z niej olbrzymia i tak skoncentrowania energia, że powietrze aż drgało wokół.
Obok potężnej i wzbudzającej respekt postaci dreptał Damazy i spoglądając raz po raz to na mężczyznę to na ową postać, uśmiechał się ogromnie zadowolony. W końcu Damazy spojrzał na mężczyznę uważnie, jakby sprawdzając, jakie wrażenie zrobił na nim jego towarzysz i odezwał głosem pełnym szacunku choć nie służalczym:
- To jest Pan!
Mężczyzna spojrzał na Damazego w oczekiwaniu dalszych wyjaśnień, ale ten zamilkł i tylko kiwał potakująco głową, wskazując zachęcającym wzrokiem na swojego towarzysza.
- To jest Pan – mówił dalej uroczystym tonem. Pan zarządza wszystkim, co istnieje na świecie, funkcjonuje w materii i na jej pograniczu. Pan jest pomostem między Stwórcą, a tym, co był stworzył.
- Opowiedziałem o tobie i Pan wyraził życzenie spotkania ciebie. A więc odchodzę i do szybkiego zobaczenia! – dobiegło już z pustki.
Mężczyzna prowadził dalej rower i nie odzywał się. Obok niego szedł Pan. Miał na sobie elegancki błyszczący strój a zgrabne kopytka podkreślały jeszcze jego smukłość. Choć stukał nimi energicznie, nie podnosiły na ścieżki nawet najmniejszego pyłku.
Pan spojrzał na mężczyznę raz i drugi i w końcu odezwał się silnym i dźwięcznym, a zarazem miłym głosem:
- Czy się mnie boisz?
Mężczyzna spojrzał zdziwiony.
- Nie! Nie boję się! Dlaczego miałbym się bać? Przecież nic złego mi nie zrobiłeś! Nie budzisz we mnie strachu, nie. Raczej zaciekawienie budzisz. I szacunek – dodał. Jesteś taki... Taki mocny i taki inny!
Pan uśmiechnął się.
- To wielka rzadkość wśród was, że mnie możesz widzieć – rzekł. W każdym waszym pokoleniu dostępuje tego przywileju tylko parę osób. Damazy mile mnie zaskoczył, gdy opowiedział o tobie. Byłem wtedy daleko, ale przybyłem gdyż życzliwie przyjmuję każdy taki przypadek. Budzi nadzieję, że się kiedyś ockniecie.
- Dawno, bardzo dawno temu, usunęliście nas z waszych umysłów – kontynuował. Tak dawno, że znikła nawet pamięć o nas a resztki jakie z niej pozostały, śmieszą was tylko. Te wszystkie elfy, gnomy, rusałki... To bajki dla grzecznych dzieci, prawda? Czyż nie tak myślicie?
- Czy to dobrze, że przestaliście nas widzieć czy niedobrze, sami musicie osądzić i kiedyś to zrobicie.
- Nam zaś, powiem szczerze, nie sprawia to większej różnicy. Sprawy poszły za daleko. Ale współczujemy wam, że prowadzicie i to z własnego wyboru, tak ślepe życie.
Pan rozejrzał się wokół i kontynuował:
- Co widzisz człowieku? I nie czekając na odpowiedź ciągnął dalej.
- Myślicie o nas, duchach przyrody, z rozbawieniem, sami widząc tylko mały fragment tego co jest. Wasze spojrzenia przechodzą przez nas, przez naszą frekwencję istnienia, jak nóż przez masło. Nie rejestrujecie nas ani wzrokiem ani słuchem, a przecież jesteśmy na wyciągnięcie ręki. Nie widzicie, bo nie chcecie widzieć!
- Czas, dobry człowieku, czas jest jak spiralne schody. Tworzy się przed wami stopień po stopniu, ale wy dostrzegając tylko jeden, pierwszy stopień i myślicie, że to całość, że oto widzicie wszystko.
- Jestem duchem przyrody a zmaterializowałem się tylko po to, abyś mógł mnie zobaczyć. Zapewne zaraz spytasz jak to robię? Odpowiem ci. Wszystko polega na szybkości. Materia ma swoją, dość wolną szybkość, i to jest wasza szybkość, za którą nie możecie wyjść. Ja i mnie podobni egzystujemy w znacznie większych szybkościach. Dlatego nas nie widzicie, bo wasze oko to materia!
Pan zaśmiał się.
- Istoty, które mi podlegają, zajmują się wszystkim, co żyje w materii. A wy, jak ślepe kocięta, widzicie tylko drzewa, bagna, chmury, deszcz, siebie samych. Widzicie naturę, nie widzicie jej służby.
Szli chwilę w milczeniu.
- Cieszę się, że cię poznałem! - Pan przerwał milczenie i spojrzał życzliwie.
- Teraz cię pożegnam, ale jeszcze się spotkamy!
I zniknął. Po prostu wyparował a zdumiony mężczyzna patrzył na pustą ścieżkę. Widział jeszcze przez chwilę postępujące po piasku wgłębienia, ale osoby już nie.
Mężczyźnie przypomniała się opowieść o pewnym grzeszniku, który w końcu pokonał swoje słabości i szedł wycieńczony brzegiem plaży a obok odciskały się w piasku ślady towarzyszącego mu Boga. W pewnej chwili znikły i grzesznik poczuł się rozczarowany:
– Jak mogłeś mi to uczynić Boże! - zawołał.
- Teraz, gdy zwyciężyłem moje słabości i jestem taki słaby, ty mnie opuściłeś? Wtedy usłyszał szept:
- Nie opuściłem cię. Niosę cię na rękach.
Lekarz spojrzał zakłopotany:
- Pojawił się pewien problem – chrząknął. Wezwałem cię do szpitala, aby sprawdzić status blizny pooperacyjnej. W ogóle stan twojego zdrowia.
- A tu – stuknął palcem w ekran monitora. Mam twoje nazwisko, datę urodzenia, numer personalny, adres... i nic więcej! Nie ma śladu diagnozy, interwencji chirurgicznej, zastosowanych leków, grupy krwi, transfuzji. Nic, dosłownie nic! Jakbyś nigdy nie chorował i nie był naszym pacjentem!
Lekarz kręcił z niedowierzaniem głową i myszkował po stronach komputera:
- Ani śladu!
Wyprostował się i spojrzał na mężczyznę:
- Podciągnij koszulę, choć popatrzymy na bliznę!
Zdumienie obu było niewyobrażalne. Patrzyli na siebie szeroko otwartymi oczami i milczeli. Na brzuchu mężczyzny nie było najmniejszego śladu! Żadnego! Nic! Blizna, jeżeli kiedykolwiek tam była, znikła!
- Co ja powiem Cecylii? – martwił się mężczyzna wsiadając do auta.
dPN