RAFAŁ KALUKIN TYGODNIK, nr 11 (3555), 11.03–17.03.2026
W sporze o SAFE powróciła stara polaryzacja z Jarosławem Kaczyńskim i Donaldem Tuskiem w rolach
głównych oraz Karolem Nawrockim jako pionkiem na szachownicy. Za kulisami taktycznej rozgrywki
dojrzewa jednak konflikt ideologiczny, który może określić ramy polskiej polityki w najbliższych latach.
Podpisze czy nie? Teraz już wyraźnie zanosi się na weto, ale najpierw prezydent dał sobie czas na „konsultacje” z rządem w sprawie własnej propozycji „polskiego SAFE 0 proc.”. Oczywiście bez nadziei na konkretne efekty, bo chodzi tylko o stworzenie narracyjnej podkładki pod odesłanie w niebyt ustawy implementującej SAFE. Na koniec Nawrocki roz łoży ręce, że chciał dobrze i zgłaszał najlepsze możliwe pomysły, ale niestety rząd nie chciał współpracować.
Ale tak naprawdę nie będzie to miało większego znaczenia, bo pieniądze z funduszy europejskich tak czy owak popłyną do Polski. Tyle że zostaną zaksięgowane na kontach Funduszu Wsparcia Sił Zbrojnych, a nie – jak przewiduje ustawa – przez Bank Gospodarstwa Krajowego. Z obcięciem paru miliardów na służbę graniczną i policję oraz już bez gwarancji, że spłata kredytu nie obciąży budżetu MON, czego akurat domagał się prezydent. Ale samego programu nie jest w stanie zatrzymać. Proces inwestycyjny nabiera już tempa, pierwsze kontrakty zostały podpisane.
O co więc tyle krzyku? Cóż, nie pierwszy raz uczestniczymy w politycznym symulakrum, gdzie niemal wszystko dzieje się na niby. Nie o sam SAFE tutaj bowiem chodzi. To tylko kolejna odsłona polskiej polaryzacji, która zaczyna właśnie zastygać w nowej formie.
„Cios Nawrockiego, rząd liczony”, „Wspólna inicjatywa prezydenta i NBP rozbija rządową narrację w pył” – orzekli medialni narratorzy prawicy natychmiast po pojawieniu się na stole kontroferty głowy państwa. Cóż z tego, że tak bardzo na początku mglistej, iż nawet wytrawni eksperci od finansów musieli tęgo główkować, żeby wyciągnąć jakiś konkret z enigmatycznych i wewnętrznie niespójnych komunikatów Nawrockiego oraz prezesa NBP Adama Glapińskiego. Zbędny wysiłek, bo nie taki był cel wystąpienia obu polityków. Chodziło tylko o to, żeby stado cyfrowych owiec mogło donośnie zabeczeć: „Polski SAFE 0 proc. – dobrze, unijny 3 proc. – źle”.
Socjotechnicznie był to ruch nawet zręczny, chociaż trudno mówić o politycznej ofensywie prezydenta. Nawrocki jedynie ratował się z matni, w którą został wpędzony, a trochę też wpędził się sam, realizując skrajnie konfrontacyjny model prezydentury. Do tej pory sprawa pewnie wydawała mu się prosta niczym starcie na ringu: trzeba tłuc przeciwnika i patrzeć, jak puchnie. Dopiero SAFE pokazało, że brutalność ma swoje ograniczenia. Krzepki pałacowy bokser nagle uwikłał się w sprzeczności, z których wybrnięcie wymagało raczej talentu szachisty.
Sprzeczność zasadnicza wzięła się z przyjętego przez Nawrockiego założenia, że prezydent wyraża „wolę narodu”, ergo jest w stanie samodzielnie ją określać. Co jest nawet możliwe, chociaż w spolaryzowanej polityce to raczej opcja czysto teoretyczna. Należałoby bowiem porzucić konfrontacyjny styl na rzecz kompromisowego, stale szukać zbioru wspólnego, aspirować do bycia parexcellence „prezydentem wszystkich Polaków”.
Nawrocki najwyraźniej jednak uważa, że jest to sankcja nadana mu mocą jakiejś tajemniczej wyższej siły, o którą nie należy zabiegać ani jej odnawiać. Mylnie zakładając, że skoro pociągnął za sobą w wyborach niewielką większość, ona już będzie zawsze za nim stała, niezależnie od sprawy. Cała Polska miała być odtąd taka jak on sam, czyli radykalnie prawicowa, ideologicznie antyeuropejska i zakochana po uszy w Ameryce Trumpa. A że tak nie jest, pokazała właśnie sprawa SAFE.
Bo jak wynika z badań, nawet pomimo intensywnej propagandy 55–60 proc. Polaków nadal popiera europejski instrument pozwalający niskim kosztem zwiększyć nasze zdolności obronne. I co więcej, „skażony” takim myśleniem pozostaje nawet co trzeci zwolennik tej czy innej prawicy. Ideologia rozeszła się zatem z realnymi lękami Polaków w niestabilnym świecie. I trudno się dziwić, skoro to stanowiący ideologiczną opokę prawicowego imaginarium Trump jest dzisiaj głównym źródłem niestabilności, czego dowodzi chociażby agresja na Iran.
W tej sytuacji „prezydent wszystkich Polaków” wziąłby głęboki oddech, zawiesił ideologię na kołku i tak pokierował procesem, żeby postawić się w roli współgospodarza i gwaranta programu. Wszak konstytucyjnie jest przecież zwierzchnikiem sił zbrojnych, któremu w sytuacji zagrożenia żaden pieniądz – o ile oczywiście legalny i korzystnie oprocentowany – nie powinien śmierdzieć. I dopiero w dalszej kolejności zastanowiłby się, że może warto dorzucić coś ekstra z „własnej puli” albo przynajmniej poszukać takiej możliwości. Tyle że obok SAFE, a nie – zamiast.
Pragmatycznego schematu nawet nie trzeba było zresztą wymyślać. Określił go jesienią ubiegłego roku nie kto inny, jak pisowski minister obrony Mariusz Błaszczak w przypominanym teraz często wpisie w mediach społecznościowych, w którym próbował na zapas rozliczać rząd ze sprawności w inwestowaniu unijnych pożyczek. Do roli karbowego najlepiej zaś nadawał się właśnie Nawrocki. I prawicowy wyborca z pewnością by taką kreację „kupił”, tylko należało nad nim trochę popracować. Prezydent przegapił jednak właściwy moment, a kiedy się obudził, tkwił już po uszy w schemacie ideologicznym, skrajnie dla niego niekorzystnym. Podpis pod ustawą implementującą SAFE byłby oczywiście spełnieniem oczekiwań większości Polaków, tyle że za cenę stygmatu mięczaka w oczach twardego elektoratu prawicy. A może nawet zaprzańca. Z kolei satysfakcjonując własnych „twardzieli”, musiałby ponieść koszt obniżenia naturalnego prestiżu i zaufania, jakimi zazwyczaj cieszy się głowa państwa wśród umiarkowanych wyborców, którzy stanowią klucz do reelekcji.
A wpędził go w tę pułapkę w pierwszej kolejności najbliższy sojusznik Jarosław Kaczyński. To na rozkaz prezesa PiS odpalił bowiem zmasowaną akcję propagandową przeciwko SAFE. I nieprzypadkowo ruszyła ona tego samego dnia, kiedy Nawrocki zwołał poświęconą unijnemu instrumentowi Radę Bezpieczeństwa Narodowego. Już mniejsza o to, czy w ogóle miał świadomość, jaka toczy się gra. Stał się pionkiem w rozgrywce swojego politycznego patrona, w której to Kaczyński wyłuskał wszystkie profity, przerzucając na Nawrockiego koszty.
Dla przeciętnego Polaka pisowska kampania była aberracją. Bo jak można kontestować tanie pożyczki, które w większości mają być zainwestowane w rozwój krajowego przemysłu zbrojeniowego, kiedy u naszych granic toczy się wojna? Tyle że to racja pragmatyczna, przemawiająca do ogółu. Kaczyńskiemu całkowicie dziś obojętna, gdyż przechodzący kryzys przywództwa prezes PiS stawia sobie zupełnie inne cele niż zabiegający o szerszą popularność Nawrocki. I wbrew temu, co uważa większość komentatorów, Kaczyński niemal w komplecie je zrealizował.
Po pierwsze, PiS odzyskał narracyjną inicjatywę, a od wielu miesięcy jedynie reagował defensywnie na ruchy rządu. Teraz nagle powróciła słynna „mabena”. Wszystkimi kanałami zaczęła się wylewać jednolita propaganda, bombardująca argumentami o utracie suwerenności, brudnych niemieckich pieniądzach, mechanizmie warunkowości, zadłużaniu przyszłych pokoleń, ryzyku kursowym jak w kredytach frankowych, niewydolnym polskim przemyśle i łasym na kontrakty niemieckim koncernie Rheinmetall, dewastowaniu relacji z USA.
Niemal wszystko to jednak brednie bądź fantomy. Problemu warunkowości w ogóle by nie było, gdyby Orbán z Kaczyńskim nie zrobili skoku na praworządność. Sami więc sprowokowali sytuację, w której niemal każda wypłata z budżetu UE będzie odtąd warunkowana oceną stanu niezależnego sądownictwa. Podobnie każda inwestycja w zbrojenia siłą rzeczy jest „zadłużaniem przyszłych pokoleń”, gdyż z samego budżetu nie jesteśmy w stanie szybko zbudować zdolności odstraszania. Przy czym zadłużając się w ramach SAFE, akurat ograniczamy koszty długu, gdyż oprocentowanie unijnych obligacji jest niższe od krajowych. A dlaczego mielibyśmy ocalić suwerenność, kupując amerykański sprzęt (na który też trzeba coraz dłużej czekać), to już w ogóle głęboka tajemnica.
Ale nie o racjonalne argumenty w tym wszystkim chodziło. „Program SAFE jest pułapką i jest to absolutnie oczywiste dla każdego, kto skończył osiem lat i klockami Lego bawi się już tylko po pijaku” – malowniczo napisał jeden z dyżurnych propagandystów. Chodziło właśnie o demonstrację pewności, owej „absolutnej oczywistości”. O zagłuszenie odbiorcy masywnością komunikatu, odurzenie go ideologicznym koktajlem składającym się z uzależniających komponentów. Czyli wrogich Niemiec i naiwnej Europy, nieskalanej Ameryki, zagrożonej polskiej suwerenności.
Po drugie, puszczając w ruch swoją płytę, prezes PiS podjął próbę konsolidacji własnej partii oraz jej zaplecza. Przez lata przywykł do „centralizmu demokratycznego”, w którym wszystkich miał na skinienie. A teraz nagle wszystko zaczęło się rozłazić. Frakcje partyjne skaczą sobie do gardeł, niepomne na prezesowskie upomnienia. Kampanią wymierzoną w SAFE Kaczyński narzucił dyscyplinę. Wreszcie czymś zajął partię, która ograniczyła knucie po kątach, gdyż wszyscy partyjni święci rzucili się do kręcenia rolek o Tusku i Niemcach. Oczywiście nie na długo, bo zasadniczej przyczyny pęknięć już nie da się usunąć. Tutaj tylko eliksir młodości mógłby prezesowi na dłuższą metę pomóc. Ale przynajmniej trochę wygładził szwy, tym bardziej że kampania została zestrojona z ogłoszeniem „kandydata na premiera”. Przy okazji udało mu się trochę przyciąć Nawrockiego do pisowskiego wymiaru.
Po trzecie, Kaczyński odciął tlen prawicowym alternatywom. Brauna w ogóle nie ma, zniknął z widoku. Z Konfederacji przebijał się głównie Krzysztof Bosak, ale z bliźniaczym przekazem jak PiS. Z kolei Sławomir Mentzen przypomniał o sobie dopiero krytycznym stanowiskiem wobec „SAFE 0 proc.”, bo musiał się jakoś odróżnić. Większość prawicowego elektoratu poszła jednak za narracją Kaczyńskiego. I znów – pewnie nie na długo, bo podział na trzy prawice jest strukturalny. Niemniej w taktycznej rywalizacji o uwagę obecnie to PiS po prawej stronie znów dominuje.
I wreszcie po czwarte, Kaczyński umocnił swój sojusz z trumpistami. W logice dużego obrazka to wydaje się coraz bardziej irracjonalne, gdyż Polacy z rosnącym niepokojem obserwują awanturniczą politykę obecnej amerykańskiej administracji. Skutkująca skokami cen paliw wojna na Bliskim Wschodzie może to tylko pogłębić. Tylko że Kaczyński – o czym była już mowa – obecnie kieruje się logiką małego obrazka. Poszukuje nowych źródeł tożsamości. Trochę jak po katastrofie smoleńskiej, kiedy też wszyscy dziwili się, po co brnie w sekciarskie teorie spiskowe.
Dzisiaj takim źródłem tożsamości jest MAGA. A niezależnie od tego opcja amerykańska skutkuje szeregiem praktycznych korzyści: politycznym oparciem w waszyngtońskiej elicie, dostępem do profesjonalnych szkoleń za oceanem, być może też wspólnymi interesami. Oczywiście podkopuje to ogólną opowieść o suwerenności jako wartości najwyższej, ale odpowiednio wytresowany wyborca jest w stanie racjonalizować takie sprzeczności.
Pozornie nonsensowna batalia okazuje się zatem politycznie uzasadniona. Nawet jeśli na krótką metę może to zaszkodzić sondażowym słupkom. W ostatnim sondażu Opinii24 poparcie dla PiS zjechało do katastrofalnego poziomu 22 proc. Tyle że ogólny poziom mobilizacji ogólnie też jest niski; w większości badań deklarowana frekwencja ledwo przekracza 50 proc. Jest więc ogromny rezerwuar głosów niezdecydowanych dzisiaj wyborców. Ale na ich mobilizowanie przyjdzie czas dopiero w roku wyborczym.
Gdzie dwóch się bije, tam obaj korzystają? Reguła sformułowana niegdyś przez politologa Marka Migalskiego kolejny raz zdaje się potwierdzać. Z rozgrywki o SAFE na swój sposób zwycięsko wychodzą bowiem obaj tradycyjni antagoniści, czyli Kaczyński i Tusk (trochę kosztem Nawrockiego). Przy czym premier właściwie od samego początku znajdował się na wygranej pozycji, niezależnie od biegu zdarzeń.
Chwilami można wręcz było odnieść wrażenie, że prowokował prezydenta do weta. Jego słowa o „zakutych łbach”, które nie rozumieją oczywistych korzyści płynących z SAFE, rozjuszyły przecież prawicową opinię. Mógł sobie na to pozwolić, gdyż od początku wiedział, że weto o niczym nie przesądzi i program będzie realizowany. A jak się prezydent podłoży, będzie go można później jeszcze długo ostrzeliwać potencjalnie skuteczną amunicją.
Kontroferta Nawrockiego i Glapińskiego nie popsuła więc specjalnie rządowi szyków. Co ciekawe, tym razem przekaz określił jednak nie premier, lecz szef MON Władysław Kosiniak-Kamysz. On pierwszy publicznie zareagował na ofertę „polski SAFE 0 proc.” komunikatem: świetnie, każde wsparcie jest na wagę złota, więc czekamy na konkretne propozycje, ale najważniejszy jest oczywiście prawdziwy SAFE, czyli ten unijny. Występujący później w mediach politycy KO podchwycili taką narrację, co zresztą było wynikiem wewnętrznych uzgodnień.
Bo jeżeli nawet pomimo weta karawana pojedzie dalej, ów rzekomo „rozbijający rządową narrację w pył” ruch Nawrockiego za chwilę obróci się przeciwko niemu. Koalicja będzie go teraz tygodniami dręczyć pytaniami o konkrety, ponaglać, apelować o zwiększenie zdolności obronnych. Premier Tusk już zaapelował o plan Glapińskiego i obiecał na dniach ustawę. Oczywiście w granicach prawa, co też stanie się przedmiotem recenzji.
Jednak wymiar taktyczny nie powinien przesłaniać horyzontu. Bo niezależnie od bilansu chwilowych zysków i strat cała ta awantura przede wszystkim niesie poważniejszy ciężar metapolityczny. Ogólna rama politycznego sporu ulega kolejnemu przekształceniu. Zaczęła się dwie dekady temu od proklamacji podziału na Polskę „solidarną” i „liberalną”. Później znajdowała swój wyraz w kolejnych odsłonach. Obieranych przeważnie taktycznie, ale za każdym razem pozostawiały one głęboki ślad w zbiorowych tożsamościach. Ostrość sporu o SAFE pokazuje, że odtąd to napięcie geopolityczne, wywołane postępującym rozpadem wspólnoty transatlantyckiej, będzie w pierwszej kolejności kształtować również krajowy podział. Krótko mówiąc, mamy wojnę europejsko-amerykańską pod flagą biało-czerwoną.
Organizując opór wobec SAFE, Kaczyński przekroczył kolejny w swojej karierze Rubikon. To coś poważniejszego niż wcześniejsze zakwestionowanie KPO w obronie partykularnych interesów własnego obozu. Tym razem PiS był gotów postawić na ideologicznej szali kwestię najbardziej zasadniczą, czyli bezpieczeństwo państwa, jego zdolności obronne.
Jeszcze niedawno europejskie pieniądze nie brzydziły prawicy Kaczyńskiego. Przeciwnie, używano ich ochoczo do konsolidowania władzy. Obowiązywała wtedy niepisana zasada: brać jak najwięcej, oddawać jak najmniej, a kiedy już będziemy płatnikiem netto, będzie można pomyśleć o polexicie. Jednoznaczna orientacja na USA w momencie faktycznego kryzysu wspólnoty transatlantyckiej przyspiesza jednak moment krystalizacji.
Być może Kaczyński uznał, że rozwód ostatecznie już się dokonał i tym samym dobiegł końca trwający od trzech dekad czas polskiego lawirowania pomiędzy obydwoma biegunami Zachodu. A lud prawicowy w większości za nim poszedł, przyjmując alternatywną wizję naszej racji stanu. Ogólnie przychylny prawicy Jan Rokita słusznie przestrzega, że konsekwencją odmowy udziału Polski w SAFE byłaby konsolidacja zdolności obronnych wokół twardego europejskiego rdzenia, ale już na dobre bez naszego udziału. W czasach spokojniejszych ostrzeżenia przed „Europą dwóch prędkości” jeszcze budziły na pisowskiej prawicy szczery niepokój, niekiedy wywołując nawet protesty. Dzisiaj kwitowane są wzruszeniem ramion.
RAFAŁ KALUKIN