Taśmy Kaczyńskiego. Państwo na telefon prezesa

Nazwisko Kaczyńskiego, potężne nieformalne wpływy i pozycja naczelnika państwa otwierają kasy państwowych banków, których prezesów de facto mianował. Jeden z nich miał zasilić partyjny interes prowadzony przez krąg zaufanych ludzi partii i rodzinę prezesa.

Słuchając tych taśm, ma się wrażenie, że przyłożyło się ucho do zamkniętego przed postronnym obserwatorem świata z „House of Cards”. Świata, którego się domyślaliśmy, ale nie mogliśmy go nigdy zobaczyć, a więc i w niego uwierzyć. Zza kotary widzimy „układ zamknięty”. Tyle że to nie film. To się dzieje naprawdę.

Władza służy Jarosławowi Kaczyńskiemu do zdobywania jeszcze większych wpływów, zarabiania jeszcze większych pieniędzy dla partii oraz budowy legendy własnej i swego brata. Już nie chodzi o pomniki, ale o współczesne „piramidy”, o bliźniacze drapacze chmur.

Księgowy Kaczyński

Od zarania swej politycznej kariery Jarosław Kaczyński wytwarza wokół siebie aurę idealisty, człowieka bez skazy, wolnego od pokus ascety gardzącego groszem. Obraz człowieka bez konta bankowego i bez zielonego pojęcia o finansach.

Na taśmach słyszymy prezesa. I nie jest to prezes partii. To prezes wielkiego biznesu, który ma w perspektywie transakcję na ponad 1 miliard 300 milionów złotych i zyski na poziomie ok. 81 mln rocznie. Choć nie tyle formalnie, ile faktycznie – jak sam na taśmach o sobie mówi – obawia się, że może być uważany za jednego z bardziej zamożnych Polaków. Wie, że byłaby to dla niego wizerunkowa katastrofa.

Biegle porusza się w arkanach deweloperskiego biznesu. Przywykliśmy do jego politycznych frazesów i patriotycznego patosu. Tymczasem te same usta mówią o rachunkach, audytach, biegłych rewidentach, roszczeniach, radach nadzorczych, uchwałach, księgowaniu itd. Prezes Kaczyński sprawnie liczy procenty i udziały.

Słuchamy, jak boss Kaczyński próbuje – ku osłupieniu powiązanego z nim rodzinnie austriackiego biznesmena Geralda Birgfellnera – wykręcić się od zapłaty za wykonaną usługę, bo „nie ma do tego formalnych podstaw”.

Pisz pan na Berdyczów

Wymyśla więc fortel: – Niech pan nas pozwie, podpiszemy ugodę, zyskamy tytuł do wypłaty i wypłacimy pieniądze.

Przy takiej instrumentalizacji sądu w ustach prezesa Kaczyńskiego – jakby to była kancelaria notarialna – jeszcze dobitniej wybrzmiewa koszmar deformy sądownictwa. Bo właśnie wtedy, gdy pada ta propozycja, na ulicach i pod sądami trwa batalia o niezależność Sądu Najwyższego i Krajowej Rady Sądownictwa.

Ale nawet taki układ dla Austriaka nie jest pewny. Skąd pewność, że tym razem Kaczyński słowa dotrzyma i zapłaci? Birgfellner nie wierzy. Mieszka w Warszawie od czternastu miesięcy, jest świadom, że partia Kaczyńskiego przejmuje sądy. Obawia się, że jest oszukiwany i wysyłany na Berdyczów. Słusznie.

Kaczyński zapłaci, czyli nie płaci

Spotkanie przypomina scenę z „Ziemi obiecanej” Władysława Reymonta. Fabrykant Grynszpan zaufał kuzynowi i nie spisał umowy pożyczki. Od dłużnika usłyszał: Nie oddam, nie było umowy, nie będzie pieniędzy.

Podobnie lekkomyślnie postąpił Gerald Birgfellner. Wierzył, że jeśli umawia się ze spowinowaconym ze sobą Kaczyńskim, to po prostu nie może zostać oszukany. Pomylił się.

Bohaterowie Reymonta to przy Jarosławie Kaczyńskim drobne cwaniaczki. Do tego prawdomówne. Kaczyński to gracz boss. Grynszpan słyszy bez ogródek, że pieniędzy nie będzie i koniec. Kaczyński mówi, że zapłaci, ale tylko mówi. Nie płaci złamanego grosza.

Uwaga: układ

Także od zarania swej politycznej kariery Kaczyński tropił układ: postkomunistów, którzy uwłaszczyli się na publicznym majątku, Platformy – bez większych sukcesów. Skrzętnie za to ukrywał fakt, że na państwowym majątku uwłaszczyło się jego środowisko polityczne.

Tropił też rozmaite pasożytnicze twory na organizmie państwa, bo – jak mawiał Lech Kaczyński – „jak ktoś ma pieniądze, to znaczy, że skądś je ma”. Jarosław nazywał je patologicznymi układami rodzinno-polityczno-biznesowymi. Ale to jego taśmy obnażają taki właśnie patologiczny układ, który zagnieździł się w samej siedzibie PiS na Nowogrodzkiej. Układ, którego mózgiem i zwornikiem jest sam Jarosław Kaczyński. Człowiek, który po wielekroć i gołosłownie o układ oskarżał innych. Diabeł ubrał się w ornat i na mszę ogonem dzwoni.

Prezes chce zrealizować swą narcystyczną i faraoniczną wizję bliźniaczych wież – pomnika na chwałę własną i brata – dopiero wtedy, „jak wygra wybory”. Jego nazwisko, potężne nieformalne wpływy i pozycja naczelnika państwa otwierają kasy państwowych banków, których prezesów de facto mianował. Jeden z nich miał zasilić partyjny interes prowadzony przez krąg zaufanych ludzi partii i rodzinę prezesa.

Teraz wiemy, jakie byłyby pierwsze decyzje prezydenta Warszawy i rady miasta, gdyby to Patryk Jaki i PiS wygrali wybory: zgoda na postawienie bliźniaczych wieżowców spółki Srebrna.

„To jest polityka”, „to jest nie do obrony”

Kaczyńskiego-polityka z Kaczyńskim-biznesmenem łączy ten sam całkowicie niezobowiązujący stosunek do umów. Umowa jest po to, by ją zawrzeć, a nie po to, by jej przestrzegać. Kaczyński tak samo porzuca politycznych partnerów, jak i biznesowych kontrahentów – gdy tylko przestają być potrzebni. Każdą umowę można złamać i z każdej się wycofać. Kaczyński uważa, że taka jest polityka. Najwyraźniej sądził, że i taki jest biznes. Tu się przeliczył.

I w polityce, i w biznesie Kaczyński lubi mieć pełną władzę i za nic osobiście nie odpowiadać. Sejm jest fasadą, rząd jest fasadą, sądy miały być fasadą, media mają być fasadą. Także władze spółki Srebrna – pani Basia, sekretarka, pani Janina, przyjaciółka domu, i pan Jacek, kierowca, asystent – to fasada w najczystszej postaci.

Ale okazuje się, że gdy Kaczyński myśli, że nikt go nie słyszy, mówi: „Srebrna to ja”. I słusznie mówi, bo naprawdę za wszystkim stoi on: wódz, boss, biznesmen, prawdziwy naczelnik państwa.

I najważniejsze: sam Kaczyński w nagranej rozmowie przyznaje, że robi rzeczy nieakceptowalne społecznie, wizerunkowo i politycznie.

Tłumaczy Birgfellnerowi, dlaczego nie może dalej forsować wymarzonej inwestycji: „Bo to medialnie nie do obrony. Taka jest polityka”.

Kaczyński ma rację. To jest polityka. I to jest nie do obrony.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *