Tata premiera



 Rafał Kalukin      POLITYKA nr 41 (3181), 10.10-16.10.2018

Ostatnie wyczyny Kornela Morawieckiego przyprawiają większość jego dawnych to­warzyszy niemal o palpitacje serca. Konsternują wystąpie­nia, w których empatia dla putinowskiej Rosji zdaje się rosnąć skokowo. Żenują oszustwa i awantury wstrząsające zało­żoną przez Kornela Morawieckiego par­tią Wolni i Solidarni. W dygot wprawiają nazwiska i sylwetki osób, które przejmują kontrolę nad tym ugrupowaniem. Różne bywają tylko uzasadnienia. We­dług wersji życzliwej Kornel nie zna się na ludziach, gdyż jest zbyt prostolinijny. I teraz różne szemrane postaci pasożytują na legendzie przywódcy Solidarności Wal­czącej i jego rodzinnej relacji z premierem. W wersji mniej wyrozumiałej ojca pre­miera utopiły ambicje. Nie wystarczał mu status bohatera snującego przy kominku kombatanckie wspomnienia. Zawsze uważał się za głównego oponenta okrągłostołowej elity i z trudem znosił pasmo po­litycznych porażek w III RR Lecz jeśli ktoś sądził, że wejście do Sejmu z listy Kukiza, godność marszałka seniora oraz ojcowska radość z premierowskiej nominacji Mate­usza okażą się wystarczającą rekompensa­tą, to się grubo pomylił. Morawiecki mimo 77 lat na karku ani myśli godnie schodzić ze sceny. Zainwestował więc w Wolnych i Solidarnych wiele sił i energii. Kto sfałszował? Niestety, ośrodki sondażowe nawet nie umieszczają tej partii w kwestionariu­szach. Choć Morawiecki i tak jest słucha­ny. Na każdym kroku deklaruje, że chciałby pogodzić rodaków oraz zasypać podziały między Polską i Rosją. Choć na razie co najwyżej skonfliktował własną partię i ak­tywnie stara się rozbroić dosyć jednolite stanowisko polskich elit wobec Rosji. Jest pierwszym polskim politykiem, który proputinowskie poglądy wyprowadził z niszy do głównego nurtu. Pragnął też Kornel Morawiecki osłaniać syna. Dla premiera działalność ojca jest jednak źródłem zgryzot. W ubiegłym ty­godniu nawet publicznie odciął się od po­gląd ów seniora. Ambiwalentna relacja ojca z synem jest kwestią szczególnie wrażliwą. Stare wrocławskie otoczenie Kornela nie­chętnie o niej opowiada. Czasem jednak słychać, że w większym stopniu to nie Ma­teusz, lecz Kornel mentalnie wyemigrował z Wrocławia do Warszawy. W stolicy ufor­mował się wokół niego nowy krąg, składający się z towarzystwa politycznie szemra­nego, rutynowo będącego dotąd obiektem zainteresowania służb. Czyli radykalnych endeków, pogrobowców narodowo-komunistycznego Grunwaldu, sierot po Andrze­ju Lepperze, wreszcie działaczy prokremlowskiej partii Zmiana. Zarazem upadła idea wspólnego startu z PiS do sejmików wojewódzkich. Sam Morawiecki przyznał, Że to z powodu jego prorosyjskich wy­powiedzi. Na listy WiS wejdą za to ludzie z Samoobrony. Dla tych, którzy angażowali się z senty­mentu dla legendy Morawieckiego senio­ra albo chcieli bud ować niezależne od PiS polityczne zaplecze dla Mateusza, to było już zbyt wiele. Niektórzy sami się wycofa­li. Inni właśnie zostali usunięci. Pretekstu dostarczyła afera z podpisami. Choć media opisały tę historię, nadal nie wiadomo, kto konkretnie był jej bo­haterem. Komisja wyborcza w Warszawie odmówiła rejestracji części list kandyda­tów z powodu sfałszowanych podpisów poparcia. Niektóre miały należeć do osób nieżyjących. W efekcie partia straciła moż­liwość wystawienia kandydata na prezy­denta Warszawy. Wybuchła awantura. W odpowiedzi Morawiecki zawiesił 11 regionalnych pełnomocników partii, którym powierzył wcześniej organizację struktur do zało­życielskiego zjazdu. Tyle że akurat żaden z zawieszonych nie miał nic wspólnego z oszustwem. Niektórzy zagrozili więc procesem o zniesławienie. W kolejnym oświadczeniu pełnomocnik wyborczy WiS Grzegorz Krzysztof Krzeszowski pro­sił, aby nie łączyć zawieszonych pełno­mocnictw z fałszerstwami, które zostaną wyjaśnione osobnym trybem. To dlaczego zawieszono pełnomocni­ków? – Zadaniem tych osób było przygoto­wanie struktur partyjnych do wyborów. Pan marszałek uznał, że efekty ich pracy nie były zadowalające – mówi nam Krzeszowski. To prawda, że w wielu miastach reje­strowanie list szło kulawo. Z wewnętrznej korespondencji, do której udało nam się dotrzeć, wyłania się obraz potężnego cha­osu kompetencyjnego. Niekiedy powta­rzał się ten sam schemat: lokalni działacze przynoszą zebrane podpisy pod listami kandydatów, z których oddelegowani przez partyjną „górę” (czyli formalnie Krzeszowskiego) koordynatorzy z różnych przyczyn nie chcą korzystać. Na takim gruncie urodziła się spekula­cja o prowokacji. Ktoś w otoczeniu Mora­wieckiego miał sabotować przygotowania do wyborów, aby mieć pretekst do czystki. I raczej nie chodzi o Krzeszowskiego, który jako pełnomocnik ponosi odpowiedzial­ność karną za nieprawidłowości. Za fał­szerstwo w skrajnym przypadku może mu grozić 12 lat więzienia. Ale to nie Krze­szowski zajmował się rejestracją warszaw­skich list. On sam w rozmowie z POLITYKĄ wskazuje na Tadeusza Bartolda. Czyli człowieka, który podobno wy­wiera dziś największy wpływ na Kor­nela Morawieckiego. Starszego pana o sympatycznej aparycji i niezbyt sym­patycznych poglądach. Bez jego roli trudno byłoby zrozumieć przyczyny ostatnich wystąpień dawnego przywód­cy Solidarności Walczącej. Kornel Morawiecki nigdy nie był an­tyrosyjski. To go wyróżniało na tle anty­komunistycznej prawicy. Nie wpisywał komunizmu w tradycję rosyjskiego im­perializmu i despotyzmu. Solidaryzował się za to z ciemiężonym ludem imperium. Doszukiwano się w tym wpływu Mi­kołaja Iwanowa. Z osiadłym w Polsce ro­syjskim dysydentem i historykiem Mora­wiecki zaprzyjaźnił się jeszcze w czasach Solidarności. Iwanow przez lata starał się godzić rosyjski punkt widzenia z polskim. Ale pracując nad najnowszą książką o sta­linowskich czystkach na ludności polskiej w ZSRR, dotarł do źródeł, które nim wstrzą­snęły. I sformułował tezę o masowym ludobójstwie wręcz na skalę Holokaustu. Kręta droga do Kornela Traf chciał, że w tym samym czasie Mo­rawiecki coraz śmielej nasiąkał rosyjską historiografią i aktualnie lansowanymi przez Kreml ideologiami. Jeśli dotąd był w tych sprawach ambiwalentny, teraz przejmował rosyjski punkt widzenia. Dro­gi przyjaciół zaczęły się rozchodzić. Kilka miesięcy temu publicznie się nawet po­sprzeczali o wojnę w Donbasie. Rosjanin krytykował Putina za imperialną politykę, Polak jej bronił. Ostatnie wystąpienia Kornela Mora­wieckiego niewiele już odbiegają od tego, co głosi kremlowska propaganda. Na ła­mach „Polska The Times” wystąpił prze­ciwko dostawom amerykańskiego gazu i żałował, że Polska odrzuciła rosyjską ofertę budowy gazociągu omijającego Ukrainę. Opowiedział się również za znie­sieniem sankcji na Rosję. Po wizycie Andrzej a Dudy w USA zbesz­tał obóz rządzący za starania na rzecz sprowadzenia do Polski stałych ame­rykańskich baz. Argumenty te same co w rosyjskich mediach: Zachód prowokuje Rosję, ryzykując wybuch wojny jądrowej. Skądinąd jest też Morawiecki zdecydowa­nym przeciwnikiem kupowania od USA sprzętu wojskowego. Twierdzi, że Amery­kanie trzymają w rękach kody do rakiet w polskich samolotach, aby w razie kon­fliktu zbrojnego je zablokować. W rozmowie z „Super Expressem” ape­lował do syna, aby zaprosił Putina do Pol­ski. „Nie możemy mówić, że Rosja nam grozi” – tłumaczył. Nie ogranicza również Morawieckiego rosyjski zamordyzm, usta­wiane wybory, polityczne mordy. Twierdzi, że podobne patologie zdarzają się w de­mokracjach zachodnich. Ale najpełniej wyłożył swe poglądy latem na łamach „Do Rzeczy”. W poli­tyce rosyjskiej nie dopatrzył się niczego agresywnego. Konflikt w Donbasie to „w pewnym sensie wojna domowa, zde­rzenie dwóch racji”. Istotą kijowskiego Majdanu było „obalenie demokratycznie wybranego prezydenta Janukowycza”. A jeśli chodzi o aneksję Krymu, to może i Rosja złamała prawo międzynarodowe, ale ważniejsze jest „prawo ludów do sa­mostanowienia”. Bo krymskie referen­dum przy asyście „zielonych ludzików” – zdaniem Kornela Morawieckiego – było „jednak demokratyczne”. Nie zabrakło typowej dla Morawieckie­go kuchennej geopolityki oraz utopijnych wizji wielkiej Europy „w sensie duchowym, gospodarczym i militarnym” złączonej z Rosją. To niemal kalka eurazjatyckich koncepcji ideologa rosyjskiego imperia­lizmu Aleksandra Dugina. Z tą różnicą, że Dugin chciałby podporządkować Eu­ropę Rosji, podczas gdy Morawiec-kiemu marzy się Unia Europejska od Atlantyku po Pacyfik. Co właściwie na jedno wycho­dzi, skoro ojcu polskiego premiera funda­ment wartości Zachodu jest raczej obcy („Wschód jest bardziej solidarny, przyja­zny ludziom”). Dla polskiej polityki zagranicznej, która „sprowadza się do odgrywania roli mario­netki Waszyngtonu”, Kornel Morawiecki nie ma cienia wyrozumiałości. O czym mówił też w wywiadzie udzielonym ro­syjskiej agencji RIA Nowosti. Ekspertów od spraw wschodnich trochę dziwi, że Rosjanie nadmiernie nie ekspo­nują tych wypowiedzi w propagandzie. Być może uznano, że mogłoby to osłabić autorytet Morawieckiego w kraju. Znacz­nie lepiej słucha się przecież niepokornej solidarnościowej legendy niż potencjal­nego agenta wpływu. W lutym tego roku Kornel Morawiecki złożył poręczenie za Mateusza Piskorskie­go podejrzewanego o szpiegostwo na rzecz Rosji. Szefa prokremlowskiej partii Zmiana przetrzymywano w areszcie bez wyroku od ponad dwóch lat (proces ruszył mie­siąc temu). W inicjatywie Morawieckiego niektórzy widzieli rękę Tadeusza Bartolda, który zanim wkręcił się do Wolnych i Soli­darnych, był członkiem zarządu krajowego partii Zmiana. Było to ciało specyficzne. Dobrane w taki sposób, aby skupić w jednym miejscu wszelkie ekstrema od prawa do lewa. Sam Piskorski zaczynał jako aktywista neopogański, potem został rzecznikiem i posłem Samoobrony. Pojawili się zdeklarowani faszyści z Falangi, rasiści, komuniści i słowianofile. Przeważnie też miłośnicy poli­tycznych destynacji na Krym, do Donbasu bądź Syrii, gdzie w zamian za wikt i opierunek świadczyli o nieposzlakowanej posta­wie Rosji. Był również rodowity Syryjczyk, który ponoć pośredniczył w kontaktach z obozem Asada i libańskim Hezbollahem. Po drugiej stronie lustra Bartold (rocznik 1946) był w tym gronie seniorem, ale pasował wyśmienicie. Cze­go dowodzi choćby pobieżna kwerenda jego facebookowego profilu. Regularnie zresztą zawieszanego za kolportowanie antysemickich treści. Pełno tu wpisów o „śmierdzących szabesgojach”. Miga­ją grafiki z pejsatym Żydem w chałacie, łapczywie obejmującym cały glob – jakby przekopiowane wprost z nazistowskiego „Der Sttirmera”. Główną pasją Bartolda jest jednak tro­pienie filosemityzmu w PiS. Wystarczy, że któraś z osobistości „dobrej zmiany” wystąpi na żydowskiej uroczystości, a już nie daj Boże kurtuazyjnie przywdzieje jarmułkę, a na profilu pojawi się stosowny komentarz. Szczególnie naraził się wice­premier Piotr Gliński, któremu Bartold nieraz już radził, aby czym prędzej się ob­rzezał („bo podobno na starość to bardzo boli”). Nie oszczędza również prezesa PiS, a nawet Mateusza Morawieckiego. Udo­stępnił raz tekst z jakiejś oszalałej gazetki tym, że „wielki strateg Jarosław Kaczyń­ski mianowaniem żyda Morawieckiego na premiera Polski wykluczył siebie same­go z gry politycznej. A dodatkowo położył kamień milowy na drodze do mordu na­szej Ojczyzny i ludobójstwa na Polakach”. Niemiła też jest Bartoldowi tradycja solidarnościowa. Skłania się ku opinii, że była to „wielka zdrada, plan Jankesów innych polskich i globalnych szumowin”. Na kolportowanym plakacie solidaryca ma wkomponowany symbol dolara oraz amerykańską flagę zamiast polskiej. Czy Kornel Morawiecki oglądał te treści? Chy­ba nie, podobno nie korzysta z internetu. Pozytywne afekty Bartold rezerwuje je­dynie dla Rosji. Podkreśla, że jej obecny rozkwit jest „końcem świata żydowskich finansowych elit”. Entuzjazmuje się koncepcją rozbioru Ukrainy przez Polskę i Rosję („Ave Putin”). Kibicuje separatystom w Donbasie i wojskom Asada („Niech do­bry Bóg ma w opiece armię Syrii”). Udo­stępnia mema, na którym Putin z Mie- dwiediewem robią sobie bekę z dwóch skromnych baterii amerykańskich Patrio­tów w Polsce. I od miesięcy lansuje tezę, że Skripala otruli Amerykanie. Bartold co nieco Rosji zawdzięcza. Za komuny miał w Starej Miłosnej pod Warszawą warsztat, gdzie produko­wał drobiazgi z tworzywa sztucznego (m.in. długopisy). Na dużą skalę, po­przez spółdzielnię w Otwocku, wysyłał towar do ZSRR i na Kubę. Zarobił wte­dy spore jak na tamte czasy pieniądze. W wydeptywaniu dojść zapewne poma­gała działalność w satelickim Stronnic­twie Demokratycznym. W latach 90. przez dwie kadencje był radnym w Wesołej. Sympatyzował wtedy z prawicą, a jego patronem był Romuald Szeremietiew (dziś nie chce o Bartoldzie mówić). Później lawirował pomiędzy prawicowym mainstreamem i ekstrema­mi. Próbował dostać się do Sejmu z listy AWS, a potem trafił do prezydenckiego sztabu faszyzującego generała Tadeusza Wileckiego. W 2005 r. – w roli szefa komi­tetu wyborczego – organizował nieudany polityczny come back Stana Tymińskiego. A już rok później ubiegał się na Mazowszu o mandat radnego sejmiku z listy PiS. Następnie wraz z sierotami po Samo­obronie i LPR zakładał Ruch Ludowo-Na­rodowy. Przekształcony wkrótce w Ligę Narodową, na czele której stanął znany koneserom rosyjskiej propagandy Zbi­gniew Lipiński. W zamierzchłych czasach – asystent Bolesława Piaseckiego w PAX. Bartold był zastępcą Lipińskiego. Z Piskorskim skumał się w 2011 r., gdy obaj kandydowali z listy Polskiej Partii Pracy do Sejmu. Ale w kolejnych wyborach szturmował już parlament jako kukizowiec. Wyszło jak zawsze, ale przynajmniej poznał wtedy Kornela Morawieckiego. Nie wiadomo, kto obejmie partyjne wakaty po odwołanych pełnomocni­kach. Mówi się, że mają to być ludzie Bartolda. Już w ub.r. próbował ich lega­lizować. Kombinował ponoć za plecami Morawieckiego, krążyły słuchy o sfałszo­wanym podpisie szefa. Morawiecki cof­nął wtedy Bartoldowi pełnomocnictwo do występowania w jego imieniu. Ale ten szybko wrócił do łask. Rozsyłaną listę jego ludzi otwierał były poseł Samoobrony Marian Curyło. Po aneksji Krymu wiecował w Krakowie, skandując: „Niech żyje Putin”. Zasłużył więc na miejsce w radzie krajowej partii Zmiana. Protegowanym Bartolda jest również Dariusz Grabowski. Niedoszły kandydat Wolnych i Solidarnych na prezydenta War­szawy, wcześniej poseł i eurodeputowany (z list ROP, PSL i LPR). Obecnie kieruje Klubem Inteligencji Polskiej, który wystę­puje przeciwko „dalszemu ograniczaniu polskiej suwerenności poprzez eskalację antyrosyjskiego sojuszu Polski z USA”. Na Stronie internetowej KIP można znaleźć peany na cześć „dumnej aryjsko-słowiańskiej świętej rasy” oraz artykuły z rosyjskie­go „Sputnika”. Kolejnym faworytem Bartolda był Ro­muald Starosielec. Właściciel drukarni, który nie skąpi grosza na patriotyczne przedsięwzięcia. Przed laty był zamiesza­ny w głośną aferę wyprowadzania pienię­dzy z Wielkopolskiego Banku Rolniczego. Biznesmen sympatyzował też z Piskor­skim. Według Marcina Reya (autora bło­ga „Rosyjska V kolumna w Polsce”) kilka lat temu Starosielec brylował na promo­cji wydanej za pieniądze rosyjskiego MSZ książki z tłumaczeniami przemówień Sier­gieja Ławrowa. Niespodzianka Takie persony dominują dziś w oto­czeniu Kornela Morawieckiego. I gdy wydawało się, że już nie jest on w stanie niczym więcej zaskoczyć dawnych przy­jaciół, znienacka zafundował im kolejną niespodziankę. Podczas ostatniej kon­wencji wyborczej w Konstancinie poja­wił się u boku mężczyzny znanego jako Aleksander Jabłonowski. Przeciętnemu obywatelowi to nazwisko niewiele mówi. Ale znawcom tematu poopadały szczęki z wrażenia. Naprawdę nazywa się Wojciech Olszański, jest aktorem i bohaterem najdalej wysuniętych na prawo rubieży internetu. To już jest świat odwróconych pojęć. Pu­tin jest tam zbawcą świata, Słowianie rasą panującą, a Imperium Lechickie nauko­wo zbadanym podmiotem historii. Z tego miejsca nawet ONR uchodzi za ugrupowa­nie centrowo-liberalne. Prawicowy inter­net od dawna zażarcie się spiera o Jabło­nowskiego vel Olszańskiego. Rywalizują dwa stanowiska. Jedno, że to świr. I drugie, że przeszkolony rosyjski agent specjalizu­jący się w sianiu chaosu. Na nagraniu z Konstancina widać, jak w czasie oracji dziwnego człowieka w fu­rażerce Kornel Morawiecki chyba nie wie­dział, co zrobić z oczami. Chcieliśmy go o to zapytać. Niestety, mimo licznych prób nie udało się nawiązać kontaktu. RAFAŁ KALUKIN

One Reply to “Tata premiera”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *